6 października 2010

Biegacz zniewolony czyli gadżetomania, "bieganie naukowe" i co nam to daje

Trochę mnie dręczy świadomość, że dość ostro skrytykowałam książkę McDougalla, a może aż tak bardzo na to nie zasłużyła? W gruncie rzeczy opowiada o bliskim mi uczuciu - wolności, jaką daje bieganie, euforii, endorfinach, swobodzie przemieszczania się i wszystkich tym, z czym kojarzy się bieganie. A przynajmniej z czym powinno się kojarzyć...

Kiedy zapytacie biegacza, jaką przewagę ma bieganie nad innymi dyscyplinami, natychmiast odpowie, że to najtańszy sport i można go uprawiać bez żadnego sprzętu. Dobry dowcip, nie? Może ktoś, kto jeszcze nie biega, da się na to nabrać, ale my - starzy wyjadacze z szafami pełnymi zegarków, pulsometrów, odtwarzaczy mp3, telefonów z aplikacjami dla biegaczy, masażerów, izotoników, żeli, maści, opasek, bidonów i innego chłamu cennego wyposażenia - my dobrze wiemy, że to niezupełnie prawda :)

Zastanawiam się, w którym momencie zaczyna się gadżetomania i jak to się dzieje, że ze starego bawełnianego dresu przesiadamy się w skarpety kompresyjne za 200 zł. Nie, nie mam nic przeciwko temu - sama mam sporą kolekcję ciuchów, gadżetów i wszelkiej elektroniki, o której z pewnością da się powiedzieć jedno: nie jest do biegania niezbędna. Czy bieganie w starym dresie któregoś dnia przestaje nam sprawiać przyjemność i odzyskujemy euforię biegacza dopiero po założeniu jakiejś oddychającej wodo-i-wiatro-odpornej membrany z systemem wpomagającym regenerację mięśni? Czy to zwykły mechanizm uzależnienia każe zwiększać i urozmaicać bodźce, żeby poziom zaspokojenia pozostał ten sam?...

Ale czy dzięki temu biegamy lepiej? A co to znaczy "lepiej"? Szybciej? Bezpieczniej? A czy mamy z tego więcej przyjemności? Czy nie warto biegać bez pomiaru tętna, planów treningowych i butów za 500 zł? Pamiętam, jak pod koniec zeszłego roku Gosia Sobańska chwaliła się żartobliwie, że właśnie zaczyna biegać ze swoim pierwszym w życiu pulsometrem... Ale przecież to naturalne, że lubimy zabawki, a w dodatku nasz niepohamowany apetyt konsumencki jest najlepszym remedium na kryzysy, recesje i inne demony współczesności ;)

Całą tę powyższą refleksję wywołał artykuł z portalu Bieganie.pl, zachwalający zalety "kieszonkowego analizatora kwasu mlekowego". Ciekawe, kiedy zaczniemy kupować aparaturę do badania składu potu i przenośne tomografy. A może domowy sprzęt do rezonansu magnetycznego? A na maratońskich expo pewnie będą nam bezpłatnie badać długość włókien mięśniowych... Żeby nie było - analiza poziomu zakwaszenia to bardzo ciekawa rzecz, sama się wiele dowiedziałam o swoim organizmie podczas kolejnych badań na obozach biegowych :)

* Obrazki z serwisu Examiner.com.

19 komentarze:

  1. Gadżety, gadżeciki, bez nich nie umiem żyć :D Jestem gadżeciarzem i się tego nie wstydzę ;)

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Oj tam oj tam, nie demonizujmy;) Wydaje mi się, że jest po prostu tak, że im bardziej nas wciąga, tym chcemy robić to lepiej, "profesjonalniej". I stąd te wszystkie "ulepszacze".
    Ja o sobie mogę powiedzieć, że jako umysł ścisły (niczym inż. Mamoń) przykładam dużą wagę do cyferek. Stąd pomiar kilometrażu stanowi dla mnie istotny element i dlatego nie wahałem się zbyt długo, by zainwestować w dobry pulsometr z GPS. A tak poza tym, to chyba zbyt mocno nie szaleję. Odtwarzacza MP3 np. nie mam i nie zanosi się, żebym kupił.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  3. PS. Gratuluję setnego posta w tym roku;)

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  4. Temat bardzo ciekawy, sama się ostatnio nad nim zastanawiałam wspominając swoje motywy rozpoczęcia biegania regularnie (bo to tani sport, he he!). Faktycznie im dalej w las, tym więcej tych gadżetów zauważamy i rozważamy ich kupno, ale prawda jest taka że wiele z nich naprawdę zmienia odczucia podczas biegu (koszulka techniczna vs. bawełniak podczas 60 minutowego biegu), a nawet zapobiega rozwojowi chorob (np. w moim przypadku podkolanowki antyżylakowe, które zaleciła rehabilitantka), albo lekkie sportowe okularki (biegalam kiedyś w cywilnych i miałam odgniecenia na nosie bo były cięzkie). A więc przemysł sportowo-odzieżowy w służbie człowieka popieram. I tak to wszystko jest tańsze niż wyekwipowanie się na wyjazd narciarski :-) Za darmo to teraz chyba tylko gimnastyka w pokoju przy otwartym oknie i radioodbiorniku, raz dwa, raz dwa, raz dwa ;-)

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  5. Na pewno jest tak, jak piszecie - że wszystkie te gadżety czemuś jednak służą, tzn. jak już je mamy, to korzystamy z nich cały czas - przynajmniej ja tak robię, nic mi nie zalega zakurzone... Jasne, że uprzyjmnieją i ułatwiają, itp.
    Ale druga strona medalu jest też taka, że coś chyba zabierają z wcześniejszej beztroski biegania. Bo jak już ma się krokomierz czy gps, to cały trening zaczyna wyglądać inaczej - właśnie, nie ma już "wychodzę pobiegać", tylko "idę na trening", i jak spada nam tempo albo skacze tętno, albo się nie chce zrobić założonego dystansu, to ambicja każe doszukiwać się w tym jakiejś małej porażki...
    Przez kilka lat człapałam sobie wolniutko i bardzo mnie to cieszyło, czułam się świetnie. Po kupieniu gps-a staram się zawsze biegać szybciej, bo wiem, że mnie na to stać. Ale czasem, kiedy organizm wolałby sobie poczłapać, alco co gorsza pospać, to wcale nie jest to przyjemne - człowiek się zwyczajnie męczy ;)

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  6. Mój tata zaczął biegać jeszcze w latach 70. (tak, to od niego się tym zaraziłam). Wtedy bieganie było zupełnie nie trendy, ludzie stukali się w czoło widząc gościa pomykającego po ulicach. Nie było wtedy żadnej technicznej odzieży, ojciec biegał w zużytych koszulach! (faktycznie wyglądał trochę jak wariat). W każdym razie wyniki w swoim czasie miał naprawdę niezłe.
    Te wszystkie gadzety są fajne, na pewno ułatwiają. Ale bez względu na pulsometry i inne bajery warto wsłuchiwać się w swój organizm. No i czy ciuchy takie czy śmakie, z gadżetami czy bez, większość sukcesu to i tak (niestety) nasza ciężka praca.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  7. Nigdy nie uważałam się za gadżeciarę (np. kryterium doboru aparatu komórkowego zawsze stanowiła cena: 1 zł + vat, a nie ilość bajerów), dopóki nie zaczęłam biegać :) Zaczęło się od ciuchów technicznych i butów, a doszło do garmina. Niemniej jednak, ten sport ciągle jest tańszy niż narty, windsurfing czy kitesurfing.
    Jeśli chodzi o przeciwstawienie biegania bez pulsometru (wolność, słuchanie organizmu) bieganiu z pulsometrem (okowy, kajdany i ciężka harówka), to już chyba kwestia ogólnego podejścia do życia i siebie. Wierzę w to, że można biegać zgodnie z planem, patrząc na wskazania pulsometru, pilnując tempa, a jednocześnie mieć z tego frajdę, a jednocześnie słuchać samego siebie i pozwalać organizmowi mieć swoje lepsze i gorsze dni. Można też cieszyć się z nieudanych wynikowo zawodów (vide mój ostatni maraton) lub zgarnąć życiówkę, a katować się myślą "mogłam lepiej, mogłam ładniej". To już są kwestie zupełnie niezależne od gadżetów :)

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  8. Miało być: "Wierzę w to, że można biegać zgodnie z planem, patrząc na wskazania pulsometru, pilnując tempa, a jednocześnie mieć z tego frajdę i słuchać samego siebie, pozwalać organizmowi mieć swoje lepsze i gorsze dni".

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  9. W bieganiu najwazniejsza jest jedna rzecz, bez ktorej nic nie wyjdzie - chec.
    Chec wykrojenia z i tak napietego rozkladu tygodnia/dnia x minut na trening i poswiecenia czasu, ktory mozna bylo przeznaczyc na inna, mniej meczaca czynnosc
    Chec wyjscia na dwor, gdy wszyscy inni jeszcze/juz spia
    Chec kontunuowania pomimo pogody/bolu/zmeczenia/odcisku/zniechecenia/i tysiaca innych przeszkadzajek

    Z doswiadczenia wiem ze z ta checia jest roznie. Zazwyczaj byle co z nia wygrywa i zamiast isc pobiegac spedzam bezmyslnie czas na kanapie.
    Kazdy kolejny gadzet na pewno podnosi jej poziom. Bo od razu chce sie wyjsc na zewnatrz i wyprobowac to cos. Bo nowe i ma taka fajna kolorowa przyczlapke ktora jeszcze nie wiemy co robi, ale na pewno sprawi ze bedzie sie biegalo szybciej/sprawnie/lepiej/bezbolesnie. I chociaz mozna bez nich to z nimi jest na pewno ciekawiej.
    Jak chlapie za oknem, buro i ponuro i nawet mi sie wyjrzec nie chce spod cieplego koca to taki gadzet mimo wszystko wyciagnie mnie na dwor. I o to chodzi.

    Swoje bieganie zaczelam od pary rozczlapanych butow i zwyklego podkoszulka a doszlam do calej polki w szafie przeznaczonej na biegowe ciuchy, kilku par trampek, kompresyjnych getrow, vibramek i opaski nike. A teraz chce Garmina. I chociaz tak naprawde to nie wiem po co i wiem ze nie trzeba to i tak mi sie chce. I pewnie kupie.

    Do tych kosztow „najtanszego sportu na swiecie” dochodza jeszcze te zwiazane z oficjalnymi biegami: wpisowe, podroze, hotele. I tu dopiero zaczyna sie zabawa.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  10. a propos gadżetów. najbardziej wymyślny gadżet o jakim słyszałam:
    tyle, że nie do biegania ale do wspinania, więc słowo wyjaśnienia:
    wspinamy się na ogół w dwie osoby, jedna idzie do góry, a ta na dole ją asekuruje i generalnie powinna się na nią patrzeć.
    i teraz ten gadżet: ktoś wymyślił okulary dzięki którym patrzymy na wprost, a widzimy to, co jest na górze. dzięki temu nie męczy nam się kark od długiego patrzenia w górę.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  11. Mam podobnie jak Drproctor, cyferki to istotna część mojego biegania, do tego stopnia, że od razu zacząłem biegać z garminem. Niemal od razu jak zacząłem biegać, zacząłem to robić raczej "po coś", niż tak "po prostu", czyli wg. typologii Midi "idę na trening" a nie "idę pobiegać". Jednak w żadne sposób nie zakłóca to faktu, że czerpię ogromną przyjemność z biegania, a nie z tętna, wyników, planów i kilometrów. To tylko środki prowadzące do celu.

    A co do kwalifikowania butów, ubrań itp. jako gadżetów. Moim zdaniem to raczej nie są gadżety. W jakiś butach trzeba biegać, podobnie warto coś na siebie założyć ;) jeśli istnieją stroje specjalnie ku temu stworzone, czemu nie skorzystać, szczególnie, że ceny często są porównywalne, albo i niższe niż "zwykłych ubrań".

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  12. Ze wszystkim się zasadniczo zgadzam, jasne, macie rację, wszystko jest dla ludzi, i odzież oddychająca bardziej się nadaje do biegania niż bawełna.
    Mi też gadżety nie odebrały przyjemności, ale ZMIENIŁY to moje bieganie. Zastanawiam się czasem, czy zyskałam tej nowej jakości porównywalnie dużo w stosunku do kosztów... i nie wiem. Może tak, może nie.
    Tak sobie tylko myślę, że kieszonkowy kwasomierz to przesada. Ale pewnie 10 lat temu o pulsometrze też myśleli, że to przesada...
    Ironwoman - gadżet do patrzenia w górę zwalił mnie z nóg :)))

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  13. Temat rzeka. Dyskusja ciekawa, bo chyba ilu biegaczy tyle opinii. Więc nieśmiało wtrącę swoje trzy grosze ;) Myślę tak: korzystanie ze tzw. zdobyczy techniki jest najbardziej wskazane oczywiście na miarę rozsądku. Oddychające materiały, leginsy ułatwiające przebieranie nogami, dobre buty itd itp wszystko jest jak najbardziej OK. Gorzej gdy ktoś podchodzi tak: "Józek ma garmina to ja też muszę mieć!" Albo: "używam tylko markowych rzeczy z najwyższej półki i nie rozumiem dlaczego w prestiżowym maratonie bierze udział tyle hołoty w byle s-hirtach, podartych portkach i butach z bazaru" Oryginalne cytaty zasłyszane na zawodach! Z mp3 próbowałem, ale hi hi przeszkadza mi muzyka, bo nie słyszę własnych myśli ;)pulsometr posiadam trochę używałem, teraz leży:) Obojętnie zawody, czy "wyjście pobiegać" nie przeliczam minut na kilometr.. biegnę, rozmyślam i się cieszę hi hi... Nie zakładam życiówek, choć się zdarzają hi hi jakoś mimo woli :)Najważniejsze, że niezależnie od pogody "wyjście" sprawia mi wiele radochy i chyba o to chodzi ?

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  14. Też się ostatnio zastanawiam, gdzie się kończą realne potrzeby, a zaczyna gadżetomania. Chyba trudno powiedzieć, bo wszystkie te cuda jakoś tam pomagają. No i dopóki uatrakcyjniają bieganie, to ok., głupio tylko, jeśli później ciężko jest ćwiczyć bez nich...

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  15. No właśnie - a potraficie (teraz, kiedy już od jakiegoś czasu macie pulsometry i gps-y) tak sobie wyjść pobiegać bez pomiaru tempa i kilometrażu? Robicie to czasem?

    Tete, właśnie tak myślałam - że takie masz do tego podejście :) A teksty z zawodów niesamowite...

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  16. Midi, parę razy mi się zdarzyło, np. kiedy padła bateria :) Może jestem uzależniona, ale lubię wiedzieć, co zrobiłam w trakcie wybiegania. Oprócz podziwiania widoków i słuchania swoich myśli ;)
    Tete, pamiętam dyskusję o bieganiu w dziurawych ciuchach na "prestiżowych biegach". Była na którymś z forów biegowych. Zanim ją przeczytałam, nawet nie zdawałam sobie sprawy, że komuś tak może przeszkadzać to, w czym biega ktoś inny. No i jeszcze smutniej, że się nie dowiedziałam, które biegi są prestiżowe, a które nie :D

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  17. ja biegam bez gpsa i pulsometru. tylko z zegarkiem.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  18. Kiedyś o mało nie kupiłem iPhona bo miał fajną aplikację do monitorowania trasy ( GPS), nakłądania na mapę, wyliczania czasu itd. Ale się oparłem bo nawet nie miałbym go gdzie trzymać jak biegałem.

    Bieganie niby tanie ale trzeba trochę sprzętu kupić. Za niezbędne uważam: buty do biegania (w tenisówkach się nie biega), i spodenki (dla faceta) - mam takie super z wewnętrznymi gatkami i żadnych obtarć! Reszta nie jest niezbędna ale fajnie mieć: koszuklka oddychająca, skarpetki (choć te super są dla mnie zawsze za ciasne i blokują krążenie).

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  19. Ech, gdyby to tylko tyle było, ile wymieniasz! Ale przecież inne spodenki na lato, inne na zimę, koszulka nie jedna, i pewnie nie dwie... I tak to się nagle rozrasta do rozmiarów sporej szafy...

    OdpowiedzUsuń na zawsze